To nie zaczęło się od ciąży. Ani od pracy w fitnessie.
Zanim nauczyłam się akceptować swoje ciało, minęło naprawdę sporo czasu.
Właściwie… wszystko zaczęło się dużo wcześniej, niż mogłoby się wydawać. Miałam może 14, może 15 lat, kiedy bardzo chciałam przekłuć pępek.
Dla mnie to był symbol wolności, kobiecości, niezależności.
Ale kiedy powiedziałam o tym bliskiej mi osobie, usłyszałam słowa, które zapamiętałam na całe życie: „Twój brzuch nie jest na tyle ładny, żeby go pokazywać. Po co ci ten kolczyk?”
Z perspektywy czasu wiem, że chciała dobrze. Pewnie chciała mnie ochronić. Ale wtedy te słowa zadziałały jak płachta na byka.
Postanowiłam, że udowodnię jej — i sobie — że dam radę.
Dieta zamiast kolacji. Fitness zamiast luzu.
Zaczęłam stosować diety, chodzić na fitness, liczyć kalorie z aptekarską precyzją. Wszystko po to, by móc kiedyś stanąć przed mamą, odsłonić brzuch i powiedzieć: „A teraz mogę?”
I tak się stało. Miałam swój kolczyk w pępku.
Ale ten moment nie zakończył historii. On ją dopiero rozpoczął.
To, co miało być chwilową motywacją, zamieniło się w wieloletnią obsesję.
W pułapce “nigdy nie jestem wystarczająca”
Zaczęłam wierzyć, że szczęście przyjdzie dopiero wtedy, gdy schudnę.
Nie gdy się zakocham.
Nie gdy zostanę mamą.
Tylko wtedy, gdy zobaczę właściwą liczbę na wadze.
Znałam każdą dietę.
Zamiast kolacji — jogurt naturalny.
Analiza, ile mogłam zjeść mniej — nawet o drugiej w nocy.
Nie z troski o zdrowie.
Z braku akceptacji siebie.
Widziałam swoje ciało jako projekt do nieustannego poprawiania:
- za dużo brzucha
- za szerokie uda
- za mało mięśni
- za mało silnej woli
Każdy poniedziałek zaczynałam z myślą: „Od dziś jestem idealna.”
A kończyłam z poczuciem winy i rozczarowania sobą.
Nawet jako trenerka nie czułam się dość dobra
Zaczęłam pracować jako instruktorka fitness.
Z zewnątrz wyglądałam jak „zdrowa i silna kobieta”, ale w środku wciąż słyszałam:
- „Jak trenerka może być taka tłusta?”
- „Nie widzicie, że ona jest po prostu ulana?”
- „Weź się schowaj z takim wyglądem. Jak gruba trenerka może wzbudzać zaufanie?”
To boli.
Zwłaszcza kiedy codziennie wkładasz serce w to, co robisz.
Gdy zaszłam w ciążę… i ją straciłam
To był przełom.
Ból. Smutek. Rozpad.
Ale jednocześnie — coś we mnie pękło i się przebudziło.
Zaczęłam doceniać swoje ciało, choć jeszcze nie w pełni.
To był dopiero początek.
Narodziny córki. Narodziny nowej mnie.
Kiedy na świecie pojawiła się moja córka, wszystko zaczęło się układać inaczej.
Ciało, które tak długo nienawidziłam, okazało się niesamowicie silne.
Urodziłam. Przetrwałam poród. Karmiłam. Nie spałam nocami.
I spojrzałam na siebie z nowej perspektywy.
Już nie jak na zbiór deficytów. Zobaczyłam kobietę, która dała komuś życie.
Zrozumiałam: Nie chcę, by moja córka dorastała przy mamie, która siebie nie lubi. Która codziennie się krytykuje i wciąż czuje się „za mało ‘jakaś’”.
Nie przestałam jeść. Przestałam się nienawidzić.
To nie był szybki proces.
Czasem znów wracały myśli o diecie.
Ale tym razem nie szłam na wojnę z ciałem.
Szłam z nim za rękę.
Zamiast napinać się na idealny plan — robiłam drobne zmiany.
Zamiast bać się jedzenia — zaczęłam je rozumieć.
Zamiast porównywać się — spojrzałam na siebie z łagodnością.
Mój przełom: post przerywany
Wtedy trafiłam na informacje o poście przerywanym.
To był mój game changer.
Jedzenie przestało rządzić moim dniem.
Nie planowałam kompulsywnie każdego posiłku.
Nie czekałam na weekend, żeby ukradkiem zjeść paczkę chipsów, lody czy sushi.
Teraz jem to, co lubię — świadomie i bez poczucia winy.
Alkohol? Dziękuję, nie służy mi
Zrezygnowałam też z alkoholu.
Nie dlatego, że tak wypada.
Po prostu przestał mi służyć.
Nie oszukuję się.
Nie racjonalizuję.
To trucizna, której nie chcę w moim życiu.
Dziś wspieram kobiety takie jak ja kiedyś
Dziś pomagam kobietom, które — tak jak ja — utknęły między dietą a wyrzutami sumienia.
Pokazuję, że można ćwiczyć, jeść i dbać o siebie bez obsesji, bez nienawiści, bez presji.
Bo wierzę, że zmiana zaczyna się nie na talerzu, ale w głowie.
A jeśli Ty…
- jesteś zmęczona próbami
- masz dość bycia „za mało ‘jakaś’”
- nie chcesz już siebie ranić
…to jesteś we właściwym miejscu.
Nie obiecam Ci cudów.
Ale mogę obiecać, że jeśli sobie zaufasz — nauczysz się żyć w zgodzie ze swoim ciałem.
A to zmienia wszystko.
Jestem tego żywym przykładem.
– Agnieszka Kaczor